Moja pierwsza w życiu wyprawa rowerowa z sakwami.

Wybrałem bikepacking. Na lekko. I w Polsce, żeby w razie czego łatwo było o pomoc, czy szybki powrót do Krakowa. Nie brałem żadnego sprzętu obozowego. Zamierzałem spać w hostelach. Zamierzałem jeden dzień jechać, jeden dzień zwiedzać (spacerować po danym mieście), i znów jechać. Oczywiście zbyt długo zwlekałem, wahałem się i zastanawiałem, dlatego zastał mnie koniec października. Czyli krótki dzień, zimno i mokro. I tak właśnie było. Ale byłem mocno zdeterminowany, żeby wyruszyć. Spróbować swoich sił w czymś zupełnie dla mnie nowym. Docelowo miał to być wypad dookoła Polski. Na północ – zachodnią częścią naszego kraju i powrót do Krakowa – wschodnią. Ale zakończył się w Gdańsku. Na okoliczność tej wyprawy kupiłem zupełnie nowy rower – Gravel. Mój pierwszy rower ever z kierownicą typu „baranek”. I moje pierwsze sakwy rowerowe. Jak również po raz pierwszy używałem wpinanych pedałów SPD. Nie miałem ani optymalnej wiedzy na temat takich wypraw, ani optymalnej kondycji fizycznej. Dużo nowych rzeczy. Jak się później okazało – zbyt dużo. Wyprawa okazała się cenną lekcją i bardzo ciekawą przygodą.

DZIEŃ 1 - Jazda: Kraków – Katowice.


Późnym popołudniem wyjechałem z Krakowa, gdyż jak to ja nie mogłem się zebrać. Ale ruszyłem. Było już ciemno. Po drodze do Katowic zabłądziłem i dotarłem do bramki wjazdowej na autostradę A4. Aż tak twardy nie jestem, żeby wjechać rowerem na autostradę, także byłem zmuszony zawrócić. Nie dość, że nadrobiłem kilometry, to musiałem dwukrotnie przejechać przez las, gdzie w świetle mojej latarki odbijały się oczy dzikich zwierząt, podchodzących w nocy pod drogę. Bo na drodze ruch był prawie zerowy. Pomógł mi kierowca w maździe, który zgodził się za mną jechać przez ten kawałek lasu, żeby było mi raźniej. Bardzo mu jestem za to wdzięczny. Nigdy tego nie zapomnę. Bo miałem wtedy niezłego stracha. Dzień pierwszy i od razu przygoda. Do Katowic dotarłem cały i zdrowy, ale zmarznięty, i dopiero jakoś tak przed północą. Cały ja…

Zwiedzanie Katowic.

Z Katowic wyjechałem około południa. Po 3-4 godzinach jazdy zaszło słońce i resztę trasy
pokonywałem w chłodzie i ciemności. Trasa przebiegła dość sprawnie. Zatrzymałem się na
kebab w Opolu. Ogrzałem się trochę i ruszyłem do Wrocławia, gdzie znów dotarłem późną
nocą. Tym razem bez większych przygód.

Nie planowałem, ale we Wrocławiu zostałem 2 dni. Zmusiła mnie do tego moja słaba kondycja.
Zacząłem bardzo mocno. Bez formy. Na nowym, obciążonym sakwami rowerze. Dystanse
grubo ponad 150 km, i musiało się to odbić na zdrowiu. Zakwasy, przemęczenie – musiałem się
trochę dłużej zregenerować.

Miałem dziś odpoczywać, ale pospacerowałem po Wrocławiu prawie 10 km.

Późny wyjazd z Wrocławia, bo zagadałem się z lokatorem hostelu. Rozmawialiśmy o kobietach,
więc temat rzeka 😉 Skończyło się to dla mnie ciekawym wydarzeniem. Z uwagi na ważną
wizytę w urzędzie, w Krakowie, zaplanowaną na dzień następny 31.10.2019, i niemożliwą do
przełożenia, byłem zmuszony złapać nocny pociąg relacji Poznań – Kraków (wagon
z kuszetkami). Późny wyjazd z Wrocławia uniemożliwił mi dotarcie na czas do Poznania.
I pociąg by mi uciekł. W okolicach Środy Wielkopolskiej zorientowałem się, że nie mam żadnych
szans zdążyć na pociąg. Musiałem sobie poradzić inaczej. I dałem radę. Wymyśliłem, że wezmę
taksówkę do Poznania. Zatrzymałem się na stacji benzynowej. Kupiłem gorącą herbatę, żeby się
rozgrzać. Poprosiłem kasjera o numer do jakiegoś taksiarza w Środzie Wielkopolskiej. Pan
taksówkarz przyjechał na stację. Zgarnął mnie wraz z rowerem. Zgodził się, żebym zostawił
rower z sakwami u niego w domu. Gdzie podjechaliśmy i zrzuciliśmy cały sprzęt. Po czym
pomknęliśmy na stację Poznań Główny. Wpadłem do pociągu na 5 min przed planowanym jego
odjazdem. Całkowicie wykończony. Ale bardzo zadowolony, że poradziłem sobie w złożonej i
niełatwej sytuacji. Kurs taksówką ze Środy Wielkopolskiej do Poznania kosztował mnie 350
PLN. Sporo, ale Pan taksówkarz uratował mi skórę. Za co jestem mu bardzo wdzięczy i nie
zapomnę jego pomocy.

Nad ranem dotarłem do Krakowa. Odhaczyłem wizytę w urzędzie. Spotkałem się również
z moją ówczesną sympatią, z którą dopiero nasza relacja zaczynała pomału się budować
i rozkwitać. Co ciekawe, tak się złożyło, że był to również dzień jej urodzin 🙂
Po południu wsiadłem w pociąg do Poznania. Bilet miałem kupiony do Poznania, ale
zorientowałem się, że pociąg zatrzymuje się również w Środzie Wielkopolskiej, gdzie u pana
taksówkarza zostawiłem cały sprzęt (rower + sakwy). Także wysiadłem w Środzie
Wielkopolskiej, poszedłem na piechotę do domu taksiarza, odebrałem sprzęt. Podziękowałem.
I ruszyłem w dalszą drogę w kierunku Poznania. Oczywiście była już ciemna noc. Do hostelu
w Poznaniu dotarłem po godzinie dziesiątej wieczorem. Kompletnie wykończony wrażeniami
dnia. A okazało się, że czeka mnie jeszcze jedno wyzwanie. Wniesienie roweru do hostelu na
3-cim piętrze Poznańskiej kamienicy, potwornie wręcz stromymi i wysokimi schodami. Bo
piętra w starych kamienicach mają po 4,5 metra… Ledwo dałem radę.
Mega, turbo intensywny dzień

Pierwsze oznaki bólu w okolicach prawego ścięgna Achillesa.

W drodze do Gniezna, zobaczyłem znak, wskazujący na Pola Lednickie. Zupełnie
spontanicznie, jak to nie ja, postanowiłem tam pojechać. Pomyślałem, że skoro mam tam
zaledwie prę kilometrów, to chyba właśnie na tym polega przygoda związana
z podróżowaniem. Na odkrywaniu nowych, zupełnie niezaplanowanych wcześniej do
odwiedzenia, miejsc. Była to super decyzja.
Po drodze na Pola Lednickie, mijałem bardzo ładne wiatraki „Koźlak”. Na samych polach,
miałem okazję zobaczyć bramę rybę, drogę tysiąclecia oraz ośrodek tam wybudowany, gdzie
wypiłem gorącą herbatę.
Po czym kontynuowałem jazdę do Gniezna. Gdzie dotarłem po południu i o dziwo jeszcze za
dnia.
Niestety, ból w okolicach prawego ścięgna Achillesa zaczął się nasilać.

Prawe ścięgno Achillesa mocno spuchło. Poszedłem do apteki po jakąś maść.

Znów zupełnie spontanicznie zjechałem do osady Biskupin. Poza sezonem osada całkowicie
pusta. Byłem jedynym zwiedzającym.

Ścięgno Achillesa bolało coraz bardziej.

W Bydgoszczy z prawym Achillesem było już bardzo kiepsko. Ale zdecydowałem, że
przynajmniej do Gdańska chcę dojechać.
Paskudna pogoda. Zimno, deszcz i deszcz ze śniegiem. Jechałem główną drogą i samochody,
szczególnie TIR-y mocno na mnie chlapały.
7 godzin jazdy w deszczu. Dodatkowo z bolącym ścięgnem Achillesa. Wymagało to
gigantycznej determinacji i woli dotarcia do celu. Długi i bardzo trudny odcinek. Ale ścięgno
przetrwało i ja również.

W Gdańsku, od razu po przyjeździe, umówiłem się na wizytę do ortopedy. Upewniłem się, że
lekarz przyjmuje w gabinecie, w którym posiada aparat USG. Żeby za jednym zamachem mógł
sprawdzić, co się w ścięgnie dzieje. Jak można było się spodziewać, rezultat wizyty był jeden –
koniec wycieczki. Potężne zapalenie prawego ścięgna Achillesa. Ogromna opuchlizna, wokół
ścięgna, duża ilość płynu, wody i ropy. Doktor powiedział, że mam fart, bo jestem na granicy
zerwania ścięgna. I urwę go w przypadku kontynuowania jazdy rowerem. Nie mogłem tego
ogarnąć. Bo nie umiem odpuszczać. Ale w perspektywie moich marzeń na kolejny rok,
ostatecznie przerwałem wyprawę, i wróciłem do Krakowa pociągiem.
Odczuwałem pewien niedosyt. Postanowiłem zostać kilka dni w Gdańsku. Odpocząć
i pozwiedzać.
Gdańsk stał się moją bazą wypadową, żeby odwiedzić Sopot, Gdynię i Hel. Nigdy wcześniej nie
widziałem też Westerplatte.

Sopot
Rano pojechałem pociągiem, żeby obejrzeć wschód słońca z molo w Sopocie.
Niestety było bardzo pochmurnie.

Gdynia Orłowo
Z Sopotu pojechałem pociągiem na molo w Gdyni Orłowie, gdzie trochę pospacerowałem.

Gdynia Centrum
Na koniec pojechałem pociągiem do Gdyni Głównej. Trafiłem tam na Obchody Narodowego
Święta Niepodległości. Defilada marynarzy. Bieg na 10 km. Otwarte wejście na pokłady okrętów
zacumowanych przy południowym molo. Super sprawa. Całkowicie przypadkowo
i spontanicznie. Nie planowałem tego. Ani nie sprawdzałem żadnych imprez. Byłem tak zaaferowany i tak przeżywałem zapalenie mojego ścięgna, że nawet nie zauważyłem, że na
dniach mamy obchody Święta Niepodległości. Kolejna przygoda. Zaskoczenie. Bardzo
pozytywny dzień. 

Zwiedzanie starego miasta. Zimno i pochmurnie. Wejście na wieżę widokową Gdańskiego
ratusza było zamknięte poza sezonem.

Rejs i spacer po Westerplatte. W deszczu.

Wycieczka pociągiem na Hel. Wizyta w Fokarium i spacer po Helu.

Wizyta w Muzeum II Wojny Światowej, w Gdańsku.
Bardzo dobrze zorganizowana wystawa.

Ostatecznie spędziłem 11 dni w Gdańsku 06-16 listopada 2019.
Za pociąg Pendolino z Gdańska do Krakowa, zapłaciłem 119 PLN + 9 PLN bilet za rower.
Przejazd trwał 5 godzin i byłem w Krakowie.